Decentralizacja, czyli ,,ależ wodzu, co wódz? – To ja przepraszam”

Drukuj

bawodz

Od 38 lat mieszkam w Trójmieście. Długo opierałem się emigracji, ale w końcu poddaję się i wyjeżdżam. Od września otwieramy biznes w Warszawie. Moglibyśmy to samo otworzyć w Gdańsku, ale kiedy policzyliśmy, że potencjalny rynek zbytu jest około 15x mniejszy, to nie ma nad czym się zastanawiać. Excel pokazuje, że zwrot inwestycji będzie tu trwał latami, a w Warszawie zmieścimy się w roku z odrobieniem kosztów. Co ważne, chodzi tu o podstawową spożywkę, działalność stricte handlową, w przypadku której twarde koszty prowadzenia działalności w stolicy są porównywalne do tych w Trójmieście, a też porównywalną ilość warzyw i owoców powinien zjeść mieszkaniec trójmiasta w stosunku do warszawiaka. Tak wyraźnych różnic nie powinno zatem być, a są.

Polska od zawsze była gospodarczo podzielona. Częściowo to kwestia geografii i zawieszenia na kontynentalnym krańcu pomiędzy bogatą Europą a biedniejszą Azją. Te różnice wynikają też z naszej tragicznej historii i pozbawienia, na około 200 lat, własnego niepodległego państwa. Swoje zrobiły zabory, swoje też zrobiła Jałta i, w jej konsekwencji, zmiana granic. W 1989 roku Polska po rozpadzie komunizmu wkroczyła do nowej Europy podzielona na Polskę A i Polskę B. Polska A to był w pewnym uproszczeniu zachód, a Polska B – wschód kraju. 2004 rok i wejście do Unii Europejskiej dało nam szansę zmniejszyć tę przepaść rozwojową. Niestety, szansy tej nie wykorzystujemy. Polska jest nadal podzielona, ale w ten sposób, że oprócz Polski A i Polski B pojawiła się Polska C, czyli Warszawa jako miasto, ale również mazowieckie jako województwo.

Pisałem już o tym tutaj, ale przytoczę te dane jeszcze raz. CIT jest podatkiem lokalnym, wpływy z niego zostają w województwach, dlatego też CIT prawdę nam powie. A prawda jest okrutna i pokazuje bezradność i skalę zaniedbań rządów PO-PSL oraz naszej dotychczasowej polityki mającej niby to wyrównywać szanse (patrz: janosikowe). W 2015 roku wpływy z CITu w pomorskim za pierwsze trzy kwartały wyniosły 71 mln złotych. Dla województwa mazowieckiego za ten sam okres ponad 10x więcej, bo 747 mln złotych. Województwo podlaskie w tym samym okresie osiągnęło wpływy mniejsze niż 10 mln złotych, czyli mniejsze 83x niż w mazowieckim i mniejsze prawie 8x niż w pomorskim. Te dane są bezwzględne. Zresztą nie tylko samym CITem człowiek żyje, więc przyjrzyjmy się różnicy w PKB. W województwie mazowieckim już dogoniliśmy statystyczną Europę i, według raportu FOR z końcówki zeszłego roku, PKB wynosi tu 107% średniej europejskiej. W pomorskim niecałe 70%, a w podlaskim – mniej niż 50%. Gdyby jeszcze wyłączyć z mazowieckiego Warszawę, co ostatnio planowała koalicja na rzecz ,,dobrej zmiany”, okazałoby się, że stolica odkleja się wyraźnie od reszty kraju. Jak to możliwe? Według tego samego raportu to Warszawa – patrząc od strony dochodu na mieszkańca – jest wśród stolic europejskich szóstym najlepszym miejscem do życia. Przegrywa tylko z Paryżem, Londynem, Sztokholmem, Luksemburgiem i Dublinem. W Warszawie zaś jest bardziej na bogato niż w Wiedniu, Berlinie, Rzymie czy Brukseli.

Dane statystyczne pokazują niestety, że zmierzamy w kierunku modelu państwa-miasta. Odpowiedzialne są za to wspomniane czynniki, na które nie mamy wpływu, jak geografia czy historia, ale dużo też zależy od polityki i polityków. Polska z perspektywy Warszawy wygląda nieprawdziwie. Ludzie żyją w tym mieście jak w matriksie, a politycy kierujący naszym państwem – w matriksie podwójnym. Niczym Alicja, która już jest po drugiej strony lustra. Najgorsze jednak, że nie wygląda na to, by coś miało się w tym względzie zmienić. Żeby rządzić, najpierw trzeba ogłupić statystycznego wyborcę Kowalskiego. Najszybsza droga, żeby mu obiecać gruszki na wierzbie i śliwki na sośnie, prowadzi poprzez media. Studia telewizyjne, redakcje gazet i liczących się rozgłośni radiowych, które są w Warszawie. Sejm, wraz z większością instytucji państwowych, też jest w Warszawie. Siedziby większości liczących się firm, które mogą sypnąć partii groszem  na ogłupianie ludzi, też są głównie w stolicy. Siedziby partii mają zatem również swoje siedziby w Warszawie.

Tak potrzebna naszemu krajowi prawdziwa decentralizacja, która mogłaby wyrównać różnicę i w efekcie popchnąć nasz kraj do przodu, to tylko piękne hasło wyborcze na prawie każdym partyjnym sztandarze. Dla polityków decentralizacja będąca faktem, a nie jakimś odległym mirażem, to prawdziwy koszmar. Rozproszone ministerstwa czy instytucje, tak jak w Niemczech, to dla nich tylko niebezpieczna aberracja. Albo pozbawi ich władzy, albo zmusi do przemieszczenia, a przecież w Warszawie oni mają swoje mieszkania, swoich przyjaciół, swoje dzieci w przedszkolach czy szkołach. Te dzieci mają swoich znajomych, swoje podwórka, swoje środowiska. Mają swoje ulubione restauracje, swoje ulubione sposoby omijania korków. Oni zapuścili przez te lata w Warszawie w większości korzenie. Tak się zakorzenili, że wyrwać ich stamtąd to będzie krzyk i lament. A nikt nie lubi krzyku i nikt nie lubi lamentu. A w szczególności politycy. Krzyki i protesty nie za dobrze wypadają w telewizji, nie przynoszą punktów sondażowych.

W efekcie tej warszawskiej centralizacji polityki powstały wodzowskie partie klony. Każda działa tak samo. Każda broni interesów stolicy. Nieważne czy wódz nazywa się Jarosław Kaczyński, Janusz Korwin Mikke, czy Donald Tusk albo Ryszard Petru. Każdy wódz ma swoich kilku zaufanych ludzi w centrali i to od nich rozkazy idą w głąb kraju. Tam nominowani są przez nich kolejni watażkowie, którzy naśladują ślepo swoich panów z Warszawy i mianują kolejnych. Tak to zaklęte koło niemocy się tworzy. Sukces KODu, protestów przeciw ACTA czy, w pewnym stopniu, ruch na rzecz JOW-ów oraz partii Razem, oczywiście zawłaszczony i spacyfikowany potem mniej lub bardziej przez wodzów, pokazał, że można oddolnie, że ludzie się już tymi warszawskimi klonami zmęczyli i chcą w końcu czegoś innego. Że chcą sami, razem z sąsiadem, kumplem z pracy, razem z wujkiem i bratem. Że mają dość tych gadających, przemądrzałych głów w telewizji w Warszawie, mówiących im co mają robić. Że chcą iść na demonstrację w Gdańsku, w Krakowie, ale też w Słupsku czy Głogowie, a nie być zwożeni autokarami do Warszawy przez jednych, a potem drugich, żeby pobić jakiś idiotyczny rekord frekwencyjny.

To powolny proces, ale Polska obywatelska się budzi. To widać w budżetach obywatelskich, w wynikach wyborów samorządowych czy też wzrastających rolach rad dzielnic. Ona kiedyś zmiecie warszawkę z powierzchni kraju, a tego politycy się boją. Budowa struktur oddolnie bywa niebezpieczna, bo Gdynia i Kraków daleko… Co tam się dzieje? Co oni knują? Możemy przeoczyć moment, gdy ich już będzie za dużo i sytuacja wymknie się spod kontroli. Może jednak lepiej tych struktur, grożących demokracją oddolną, nie budować? Demokracja to w ogóle nie jest dobry pomysł… To się może dla nas źle skończyć… Może lepiej jednak skupić się na wciskaniu ludziom kitu przez jedno czy drugie medium? Przecież tamtym i tamtym to się udało. Dlaczego nam miałoby się kolejny raz nie udać? Nawet jeśli przegramy, to może jeszcze nie teraz? Może da się jeszcze za państwowe pieniądze chociaż przez jedną kadencję pożyć? Może wujka da się wcisnąć do tego urzędu, a ciocię do rady nadzorczej? Może jeszcze raz łykną tę historię?

Aby zapobiec na przyszłość podobnym przypadkom ,,Wódz Wielki Niepokój” zwołał kolejne zebranie na którym wygłosił płomienne przemówienie:

Wódz Wielki Niepokój: Otwieram 46794876 naradę wodzów starszych i nie tylko. Dzisiaj będę straszny i opowiem Wam dowcip…

Indianin numer 1: Ten o gąsce balbince?

Indianin numer 2: Ależ wodzu, co wódz!

Wódz Wielki Niepokój odchodzi obrażony i mówi: To ja przepraszam.”

Tekst: Tadeusz Baranowski z książki z 1980 roku ,,Skąd się bierze woda sodowa i nie tylko…”

Czytaj również