In hoc signo vinces

Drukuj

ZRTepnz

Te zdanie wypowiedział rzymski cesarz Konstantyn I Wielki. Cesarz opowiadał, że zobaczył je we śnie, w noc przed ważną dla jego Cesarstwa bitwą. Ów bitwa rozegrała się w 312 r. n.e w północnej części Rzymu, przy Moście Mulwijskim. Był to koniec kilkuletniego okresu walk o władzę w Rzymie. Cesarz Konstantyn pobił wtedy wojska uzurpatora Maksencjusza, który zginął w nurtach Tybru. Źródła potwierdzają, że ,,jego żołnierze ruszyli do bitwy, mając tarcze opatrzone niebiańskim znakiem Bożym, monogramem chi–rho. Tworzyły go dwie splecione greckie litery: chi (X) oraz rho (P). W ikonografii chrześcijańskiej stały się one później symbolem Chrystusa. Niesiono także sztandar – labarum, który aż do czasów późno bizantyńskich był główną chorągwią wojsk cesarstwa rzymskiego. Wiele lat później, po bitwie, Konstantyn I Wielki zdradził jeszcze jedną historię związaną z wizją krzyża. ,,W czasie pochodu ku Rzymowi cesarz i jego żołnierze zobaczyli na niebie krzyż i greckie słowa En toúto níka – Tym zwyciężaj (powiedzenie to znane jest raczej w łacińskiej trawestacji: In hoc signo vinces).” Po bitwie Cesarz Konstantyn ogłosił, że jest poddanym Krzyża.

W Polsce też trwa od 1989 roku walka obrońców krzyża z uzurpatorami, którzy chcą laickiego Państwa i chcą, by z chorągwi państwowej ten znak Krzyża w końcu zdjąć. Nie chcą uznać, że jedynym ratunkiem dla naszego kraju może być intronizacja Jezusa jako Króla Polski. Chcą świeckiej szkoły, chcą, by krzyż zniknął z urzędów. Rezultat tej próby sił jest na razie nieoczywisty. Raz wynik przechyla się w jedną stronę, teraz wahadło przechyla się w drugą. Teraz Cesarz Konstantyn I, zwany Wielkim, przeszedł do ofensywy. Wiara mi nie przeszkadza, dopóki dogmat wiary nie jest remedium na wszystko i nie przysłania potrzeby używania rozumu. Czujemy wówczas granicę wyznaczoną kiedyś przez Jarosława Kaczyńskiego, który, przejęzyczywszy się,  nieświadomie ją nakreślił, mówiąc: ,,Żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne.” Francis Fukuyama kiedyś napisał esej o końcu historii. Na szczęście później to odwołał. PiS z Jarosławem Kaczyńskim i popierającą go hierarchią kościelną piszą niestety esej o końcu merytorycznej dyskusji w Polsce i ani myślą go odwoływać. W końcu, jeżeli w coś wierzysz, to wierzysz. Nic Twojej wiary nie pokona i czarne nie będzie już czarnym, a białe białym. W efekcie tej nauki przestajemy ze sobą rozmawiać – bo co to za rozmowa, kiedy argumenty nie mają znaczenia? A skoro się nie zgadzamy i nie rozmawiamy, to przechodzimy do dalszego etapu. Nie ma sensu gadać ze ścianą, więc eskalujemy konflikt i zaczynamy przekonywać do swoich racji za pomocą jazgotu i krzyku. Stefan Niesiołowski kontra Krystyna Pawłowicz. Matka Kurka kontra Jerzy Owsiak. Zmechanizowany jaszczur z narkotycznych snów Williama Burroughsa kontra zwyczajny polski padalec. Piana z ich ust się na naszych oczach toczy. Za chwilę medialna pyskówka przerodzi się w bójkę. Przesuwamy ciągle granice zarówno z jednej strony, jak i drugiej. Za moment, jak się nie opamiętamy, to ktoś pierwszy wyprowadzi cios, a druga strona go odda i poleje się pierwsza krew. A potem pojawi się, mam nadzieję, opamiętanie, ale i kac, okrutny kac, który na długo po tym zostanie.

Niektórzy uważają Antoniego Macierewicza za nieszkodliwego wariata. Niektórzy lekceważyli i lekceważą paranoję smoleńską i brednie wygłaszane przez ekspertów od zgniatanych puszek. Tolerowanie tego jednak ma swoje drugie dno. Jeżeli państwo polskie swoim autorytetem legitymizuje oszołomów i płaci za komisję Macierewicza z naszych podatków: za przyzwoleniem Platformy Obywatelskiej i PSL-u  w zeszłym roku 265 tys. złotych, a w tym roku, dzięki PiS, już 3,5 mln złotych, to mamy to, co mamy. Tu płacimy za krzewienie wiary smoleńskiej, ale łożymy też na wiarę kościelną. To samo bowiem państwo przekazało właśnie kolejne cztery miliony dotacji dla Centrum Opatrzności Bożej, bo 44 mln złotych, które przekazano za koalicji PO-PSL z budżetu, to było za mało. Fundacja ojca Rydzyka niedawno dostała kolejne miliony złotych, bo 26 mln odszkodowania za cofnięcie dofinansowania projektu geotermii toruńskiej w lutym to też było za mało. Prawdziwa wiara miesza się z wiarą smoleńską, ta miesza się z wiarą toruńską, a przy takim koktajlu rozum śpi. Jeżeli oficjalną częścią naszego państwa jest komisja Macierewicza, a częścią polskiego Kościoła szarlatan z Torunia, to wszystko jest już możliwe. Gdy na jednej konferencji minister Antoni Macierewicz mówi o broni elektromagnetycznej, to na następnej konferencji inny minister może zacząć dywagować o korzystaniu z latających dywanów jako oficjalnym rządowym środku transportu. Nic już nas nie dziwi; nawet to, że efektem medialnej zawieruchy ze stadniną koni w Janowie jest finalnie to, że Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi powołał właśnie nową Radę do Spraw Hodowli Koni, w której skład weszło 36 osób. Tu prawda miesza się z marzeniami i przenosimy się w magiczny świat ,,Stu lat samotności” Gabriela Garcia Marqueza.

Audyt może być audytem. Przekop Mierzei Wiślanej, kosztujący prawie miliard złotych, może być opłacalną inwestycją, dzięki której powstanie, według prognoz rządowych, 2,5-3,5 tys. miejsc pracy. Port elbląski dzięki temu przekopowi zwiększy swoje moce przerobowe do porażającej ilości przeładunkowej 3,5 mln ton przy przeładowywanych, dla porównania, 30 mln ton w Gdańsku. Utrzymanie tego przekopu będzie kosztowało rocznie 3,5 miliona złotych, chociaż utrzymanie podobnego odcinka na trasie Świnoujście-Szczecin kosztuje teraz prawie 20 mln złotych (wydajemy tylko dlatego mniej, bo nie ma już teraz na to pieniędzy). Właściciel licznika z prądem, który nie ma telewizora, dostanie od magika Jacka Kurskiego wirtualny telewizor i będzie płacił na rzecz mediów narodowych, co miesiąc 15 złotych już nie wirtualnymi pieniędzmi, a realnymi. Minister Jurgiel sprawi, że rolnik, dzięki nowej ustawie o obrocie ziemią, nie będzie mógł się rozwieść z żoną. Obrady Sędziów Trybunału Konstytucyjnego będą niezobowiązującymi spotkaniami przy kawie i ciastkach. Wyroki tego Trybunału będą opiniami. Frankowicz, dzięki zabawie Jarosława Kaczyńskiego z tymże Trybunałem, będzie płacił kilka stówek więcej, ale będą z niego robić wariata i zapewniać, że wszyscy chcą mu pomóc. Niedługo nastaną wakacje i znowu wszyscy staniemy na bramkach w korku, a Pani premier – już nie Ewa Kopacz, a Beata Szydło – żebyśmy nie stali w korkach, puści z dymem nasze 50 baniek. 44 lata socjalizmu w Polsce i sterowanej ręcznie państwowej gospodarki nie wystarczyło, byśmy wyciągnęli wnioski. 26 lat później dalej wierzymy, że problem braku efektywności państwowych spółek to problem kadrowy, a nie strukturalny. Że jak zastąpimy Kowalskiego z PO czy PSL Iksińskim z PiS, to będzie lepiej. Nie ma szans. Nie będzie lepiej. Chyba że Iksiński będzie potrafił, jak ksiądz w ,,Stu latach samotności”, lewitować po zjedzeniu czekolady. Praktyka, historia, doświadczenie, nauka, lata prób, błędów i wypaczeń różnych państw mówią nam jednoznacznie: nie ma cudownej drogi na skróty. Tylko w magicznym realizmie prozy latynoskiej jest miejsce na cuda. Tam jest miejsce na komisję Macierewicza albo na rozgłośnię z Torunia. Jest miejsce na baśnie i legendy. Jest miejsce na cudownie wygrane bitwy. Życie jednak nie jest książką, więc porzućmy nadzieję. In hoc signo vinces – pod tym znakiem nie zwyciężymy, a przegramy.

Czytaj również
  • Tomasz Skąpski

    Wszystko mądrze, tylko zabrakło przytoczenia pod ilustracją nazwiska jednego z większych naszych artystów .