Jesień patriarchy

Drukuj

8791223-jaroslaw-kaczynski-900-555Mamy wprawdzie początek lata. Od wiosny cały świat w pełni rozkwitu. Trzeba jednak pamiętać, że zegar tyka. Po lecie następuje jesień. Jesień przyrody. Jesień patriarchy. Skończą się wakacje. Skończą się też wakacje kredytowe. Kiedyś nadejdzie ich kres i przyjdzie za wszystko zapłacić. Najpierw jesień, a potem hu hu i nadejdzie zła zima…Prawa ekonomii są nieubłagane. Przyjdzie kelner i wystawi rachunek, dzieci dorosną, a bałwany stopnieją i zostanie po nich kałuża, a potem, kiedy słońce przygrzeje, nawet kałuża wyschnie i wyparuje. Nie będzie po niej śladu.

Donald Tusk przeminął. Jarosław Kaczyński na naszych oczach też przemija. To jego ostatnie podrygi. The last dance Dawida Bowiego. Nawet jeżeli tego jeszcze nie dostrzegamy, to tylko dlatego, że nie patrzymy dostatecznie uważnie. Wraz ze śmiercią Jana Wejcherta, ze śmiercią Jana Kulczyka, ze śmiercią Aleksandra Gudzowatego, ze śmiercią Czesława Kiszczaka, Wojciecha Jaruzelskiego, Tadeusza Mazowieckiego, Władysława Bartoszewskiego, Bronisława Geremka, Jacka Kuronia, Lecha Kaczyńskiego, odchodzi w niebyt kłamliwa legenda rycerzy okrągłego stołu i jej konsekwencje. Taka kolej nieubłaganego przemijania rzeczy, ludzi i ich idei. Gwiazda szeryfa Jarosława Kaczyńskiego też w konsekwencji blednie. Kończy się paliwo, geneza powstania jego legendy i jego partii, a zastępcze doładowanie, czyli teoria zamachu smoleńskiego, też będzie za chwilę niewystarczająca. Również dlatego, że przez te cztery lata rządów niepoczytalny Antoni Macierewicz i jego specjaliści od zgniatanych puszek będą dalej tą nową legendę ludową przepoczwarzać w baśń z tysiąca i jednej nocy. Oczywiście jeszcze nie raz te legendy powrócą, tak jak teraz powracają Żołnierze Wyklęci. Ale z każdym ich powrotem ten przekaz będzie coraz bardziej krótkotrwały, będzie świecił nie światłem prawdziwym, a tylko coraz słabszym odbiciem dni prawdziwej – lub wyimaginowanej – chwały. Bóg, honor, ojczyzna…W II Rzeczpospolitej, gdy ktoś tak krzyczał, to mawiano „chowaj portfel”…

Paliwo stricte wyborcze tej paranoi obecnie się kończy. Ekipa spod znaku Prawa i Sprawiedliwości obraziła i poróżniła już chyba wszystkich możliwych wyborców. Chcieli pomóc wszystkim, ale nie potrafią, nie potrafili. Chcieli pomóc polskim sklepikarzom. Nie udało się, nie wyszło. Chcieli pomóc polskim przedsiębiorcom. Wyszło odwrotnie. Chcieli hodować konie. Nie dali rady. Chcieli pomóc puszczy wygrać z kornikiem, ale pomylili kornika z corn flakesem. Potem rolnika z kornikiem, a kornika ze szKODnikiem. Odwagę w prowadzeniu niezależnej polityki zagranicznej z odważnikiem. Billa Clintona z Tonym Cliftonem. Gorszy sort z Elblągiem, który po przekopaniu Mierzei będzie w końcu portem. Oszukali fizjoterapeutów, Frankowiczów, rolników, którym zabrali możliwość dysponowania swobodnego ziemią, prawników i sędziów, którym odebrali przywilej bycia niezależnymi od władzy, cyklistów, wegetarian, a ostatnio nawet pielęgniarki.

Tak się nie da na dłuższą metę. W książce Gabriela Marqueza tytułowy satrapa musi rządzić, bo rządząc innymi ma pewność, że nikt nie sprawdzi, że nie jest w stanie rządzić samym sobą. Rządzenie to jest jedyna metoda, by reszta się o tym nie dowiedziała jaki jest samotny, stary i słaby. Jarosław Kaczyński nie ma wyjścia. On nie ma życia poza polityką. Dawno już oderwał się od rzeczywistości. Zresztą na jego obronę – nie on jedyny. Idąc tropem Paktofoniki to ,,razem z chłopakami z PISu chodzi po mieście kilkanaście centymetrów ponad chodnikami taktowany przez dwa 1200. Przygniatany problemami ciągle na podeście. Z mikrofonami w ciągłym manifeście”. W książce Gabriela Marqueza, kiedy umiera Bendiction Alvarado, matka Generała, Generał próbuje ją kanonizować na błogosławioną od ptaków. Gdy okazuje się, że to niemożliwe, nuncjusz papieski ląduje dryfując nagi na tratwie z trzydniowym prowiantem w drodze przez Atlantyk do papieskiego Rzymu.

,,Kto ja jestem?

Polak mały! Mały, zawistny i podły!

Jaki znak mój? Krwawe gały!

Oto wznoszę swoje modły do Boga, Maryi i Syna!

Zniszczcie tego skurwysyna!”

* słowa: Marek Koterski z filmu ,,Dzień świra”

Jarosław Kaczyński i tak ma lepiej niż marionetki w jego teatrze. Do władzy się przyzwyczaił i jej nie chce oddać, ale też  nie jest to tylko koniunkturalizm, tak jak w przypadku większości jego obozu. Mam wrażenie, że pragnienie władzy, które ma wypisane na twarzy i w każdym geście, wynika też z pewnej misji, w którą kiedyś, dawno temu, uwierzył. On, tak jak stary satrapa z baśni Gabriela Marqueza, wierzy w mechanizm, który go trzyma u tej władzy i że ,,po mojej śmierci wrócą politycy, żeby podzielić się duperelami, jak w czasach konserwatystów, sami zobaczycie mówił, znowu rozdzielą wszystko pomiędzy księży jankesów i bogaczy, i oczywiście guzik dla biedaków, bo tym zawsze będą tak dokopywać, że w dniu, kiedy gówno nabierze wartości, biedacy urodzą się bez dupy, sami zobaczycie…”. Zmienić w tym zdaniu można konserwatystów na liberałów i wykreślić księży, a reszta chyba się Jarosławowi Kaczyńskiemu zgadza.

Jego walka z Trybunałem Konstytucyjnym to walka o możliwość przedłużenia tej misji, nawet jeśli okoliczności się zmienią i pozbawią go władzy. Na szczęście to walka z góry przegrana. Jego bojaźń o utratę władzy jest w pewnym stopniu zwyczajna, racjonalna. Wynika z prawa natury. Wszystko przemija. To też zwykła starość i brak siły, żeby coś w swoim życiu radykalnie zmienić. Jego marionetki jednak boją się jeszcze bardziej. Boją się, bo wiedzą, że choć myślały, że to początek, to jednak też już ich koniec. Są między młotem, a kowadłem. Jeśli zdradzą swojego Generała, to mogą wylądować jak u Marqueza Rodrigo de Aguilar – upieczeni na talerzu, a reszta towarzystwa ich pożre, mlaskając ze smakiem. Nie porzucą go, a kiedyś dopadnie ich inne, realne, a nie fantomowe, polityczne Prawo i Sprawiedliwość. Chyba tego się nie spodziewali. Lato szybko mija. A wydaje im się, że to lato powinno jeszcze potrwać, że oni są przecież jeszcze w sile wieku, że na to ciężko pracowali, że na to osiem lat czekali, że teraz już tylko będą głośne fanfary, oklaski i bita śmietana. Są w błędzie. Jesień patriarchy nadchodzi, a wraz z nim nadchodzi dla nich szara jesienna rzeczywistość, a potem hu hu ha i nadejdzie zła zima.

Czytaj również