Mateusza Morawieckiego ,,Pomożecie?”, czyli nowy plan piętnastoletni.

Drukuj

Mamy w końcu plan. Realizacja będzie kosztowała bilion. Za 15 lat dogonimy Europę i wszyscy będziemy żyć długo i szczęśliwie. Dobrze jest mieć plan. Nawet trzeba mieć plan i cel w życiu. Z planami jest tylko jeden problem: plan planem, a życie życiem. Mieliśmy kiedyś już całkiem sensowny plan Hausnera. Plan planem, a życie - życiem.

Przyznam się, że nie mam na razie siły przeczytać tego dokumentu. A dopóki go nie przeczytam, to nie skomentuję. Na gorąco mogę powiedzieć, że nie zgadzam się z podstawową tezą Mateusza Morawieckiego i PiS-u. Gigantomania to dla mnie choroba. Dla mnie małe jest piękne. Przykład PKP, które udało się zdecentralizować i podzielić na mniejsze spółki i nagle wszystko zaczęło jakoś się zazębiać, pokazuje w którą stronę powinniśmy iść. Tymczasem ta ekipa, która sprawiła, że PKP wyszła finansowo na prostą, już nie pracuje. Następcy nie dość, że przebąkują o odwróceniu procesu znowu w kierunku centralizacji, to jeszcze z Warszawy płynie przekaz o możliwym połączeniu PKP (Cargo, lub Intercity), który wyszedł na prostą, z LOT-em, który znowu ma problemy. Kopalnia ma problem? To połączmy ją z kopalnią, która nie ma problemu. Teraz obie mają problem? Cała grupa, holding, branża ma problem? To połączmy ją z czymś, z czym nie ma problemu…

W taki sposób cały naród, wraz z rządem, buduje nową Polskę Ludową – prawdziwego gospodarczego Frankensteina, który, pozszywany z różnych niepasujących do siebie elementów, będzie miał trzy nogi i łokieć w miejscu głowy. Plany Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego budowy gospodarczych gigantów, których udziałowcami ma być polski prywatny kapitał, to wejście na ścieżkę, która prowadzi donikąd. W Polsce jeszcze długo nie będzie klimatu do budowy firm opartych na publiczno-prywatnym partnerstwie. Na pewno też nie z Prokuratorem Zbigniewem Ziobrą za plecami. Ten pomysł PiS-u w ogóle zakrawa na schizofrenię. Najpierw z konsekwencją przez lata niszczymy i opluwamy biznesmenów typu Janowie Kulczyk, Wejchert, którzy niewątpliwie na styku biznes-państwo zbudowali swoje firmy, i na tej narracji dochodzimy do władzy. A jak już tę władzę mamy, to mówimy do nich i do ich następców: to nie my, to jednoręki, czy inny rudobrody. Panowie, nic się nie stało. Zapraszamy do współpracy…

Żeby nie było jednak, że taki ze mnie okropny pisożerca, to przyznam się, że wiele diagnoz i tez Mateusza Morawieckiego jest słusznych. Podoba mi się na przykład poruszana na prezentacji kwestia wspierania polskiego eksportu i jego ekspansji zagranicznej przez państwo. Zapowiedź uporządkowania wzajemnie dublujących się agencji. To jest słuszna droga i rola państwa. Na razie to tylko hasło i temat jest w powijakach, ale tej kwestii chętnie poświecę resztę tego wpisu.

Tak się składa, że czasem mam okazję współpracować w projektach związanych z europejskimi i amerykańskimi funduszami pomocowymi na Ukrainie. Widzę wtedy na jaką pomoc może liczyć na przykład duński przedsiębiorca, a jak sam sobie jest pozostawiony polski przedsiębiorca. Nie jestem ortodoksyjnym liberałem i doktrynalnym wyznawcą wolnego rynku. Uważam, że jeżeli reguły gry są takie, że duński przedsiębiorca jest wspierany przez państwo, to polski, by pozostać w grze, też być powinien. Jak umawiasz się z kumplem na partię tenisa, to weź rakietę tenisową i nie przynoś rakietki do ping-ponga, bo będziesz wyglądał niepoważnie i przegrasz ten mecz walkowerem, zanim się zacznie. Tutaj widzę rolę państwa i praktyczne zastosowanie strategii rządowych.

Żeby pozostać już przy duńskim przykładzie, istnieje tam IFK, czyli independent government-owned fund. Jest to fundusz inwestycyjny, który działa pod patronatem królowej Danii i ma za zadanie wspieranie duńskich przedsiębiorców chcących inwestować za granicą. Działa od 48 lat. Przeprowadził ponad 1200 inwestycji. Przez ten okres zainwestował w duńskie przedsiębiorstwa chcące zaistnieć na świecie około 155 bilionów duńskich koron w ponad stu krajach. To dzięki niemu pochodzące z malutkiej Danii Carlsberg czy Maersk stały się światowymi brandami. Nie skupia się tylko na łatwych regionach. Szuka też okazji tam, gdzie dla indywidualnego przedsiębiorcy ryzyko inwestycji jest zbyt duże. Z pomocą państwa to ryzyko jest już rozłożone na dwóch partnerów i akceptowalne. Ma swoich siedem biur w Afryce, Azji, Ameryce Łacińskiej. Bardzo aktywnie działa na Ukrainie. Pracuje dla niego 44 doradców. Mają zróżnicowaną politykę inwestycyjną. 49% inwestycji to inwestycje w małe przedsiębiorstwa, 20% w średnie, 31% w duże. W Polsce przeprowadził do tej pory 146 inwestycji.

W skrócie wygląda to tak, że Fundusz Inwestycyjny na okres maksymalnie 6-8 lat zostaje inwestorem w prywatnym przedsiębiorstwie i maksymalnie ma 49% udziałów. Po tym okresie wycofuje się z inwestycji i przedsiębiorca radzi sobie już sam. Oprócz udziału, udziela preferencyjnych pożyczek. Daje gwarancje rządowe. Uwiarygadnia przedsiębiorstwo. Zapewnia ochronę dyplomatyczną. Pełni funkcje doradczą. Umożliwia dostęp do lokalnych władz poprzez opiekę dyplomatyczną. Pomaga w stworzeniu business planu, a jeśli inwestycja w danym kraju nie wypali, ponosi stratę do wysokości udziału razem z przedsiębiorcą.

Taki parasol państwa, taki swoisty start-up sprawia, że na Ukrainie duńskie przedsiębiorstwa zaczęły mocno inwestować w tamtejszą branżę rolną. Ukraina ma unikalne warunki klimatyczne i glebowe i, przy koszcie pracy aktualnie niższym niż w Chinach, bardzo szybko może się okazać, że, jeżeli nie zainwestujemy sami na Ukrainie w rolnictwo, za chwilę przegapimy szansę. A na tym się nie skończy, bo polskie rolnictwo będzie miało niebezpiecznego rywala tuż za miedzą.

Duńczycy działają systematycznie od wielu lat. My mamy taką cechę, że uwielbiamy planować, ale nikomu się nie chce już schylić niżej. Jak ma się wizję, to niebezpiecznie już blisko od tej wizji do telewizji i o to chyba głównie w tym bilionie chodzi. Tymczasem nie potrzeba wizji, by uporządkować politykę dotyczącą wsparcia reform gospodarczych np. na Ukrainie i zlikwidować chaotyczne działania różnych resortów. Do chwili obecnej nikt tego nie koordynował. Prezydent Bronisław Komorowski inicjował programy wsparcia Ukrainy nie konsultując ich z innymi resortami i organizacjami gospodarczymi. Przykładem tego chaosu było powołanie na początku 2014 roku specjalnego funduszu wspierającego małe firmy na Ukrainie. W założeniu powstały fundusz, oparty na finansowaniu Banku Gospodarstwa Krajowego, Banku PKO BP i innych instytucji, miał wspierać kapitałowo już funkcjonujące na Ukrainie firmy. Wstępnie na ten cel zarezerwowano około 300 mln złotych. Inicjatywa była oczywiście wzorowana na amerykańskich funduszach inwestycyjnych, bo nie od dziś w Polsce wiadomo, że amerykańskie musi być najlepsze. Z inicjatywy oczywiście nic nie wyszło. Jednym z dostępnych źródeł finansowania Ukrainy jest też od lat Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Rozdysponowuje one różne mini granty, aby przede wszystkim spełniały kryteria formalne. Pomocą zajmuje się też Ministerstwo Gospodarki oraz inne resorty i samorządy przeznaczające środki finansowe w oparciu o lobbing. Wszyscy zajmują się wszystkim i w efekcie niczym.

W Polsce dalej przedsiębiorca dla organów państwa i jego placówek dyplomatycznych to męczący i wiecznie narzekający petent, a nie partner i pracodawca. Póki to podejście się nie zmieni, to – z całym szacunkiem dla mającego zapewne dobre intencje Mateusza Morawieckiego – będzie dalej tak: Gadał dziad do obrazu, a obraz do dziada ani razu. I nikt o zdrowych zmysłach nawet złotówki w to państwowe przedsięwzięcie nie włoży. Zapomnijmy o tych 200-250 miliardach z prywatnej kieszeni, które składają się na ten mityczny bilion. Chyba że planem rządu jest przystawić temu przedsiębiorcy lufę do skroni.

Czytaj również