Milczenie jest złotem

Drukuj

31

Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Do tej starej łacińskiej sentencji niektórzy dodają jeszcze, że słuchanie platyną. W obozie rządowym chyba nie znają tego przysłowia, a nawet jeśli znają, to na pewno nie stosują. Może dlatego też, że jak mówi inne przysłowie, bęben jest dlatego tak głośny, bo próżny.

Finalnie szkoda, że nie znają, bo w dzisiejszych czasach milczenie jest czasami naprawdę na wagę złota i to nie w przenośni, a dosłownie. Każdy, kto – tak jak ja – ma kredyt we frankach, widzi to ze zdwojoną ostrością. Politycy gadają, gadają, a po każdej kolejnej, coraz to głupszej propozycji, która i tak nigdy nie zostanie zrealizowana, czy wypowiedzi – tak jak ostatnio Jarosława Kaczyńskiego dla ,,W Sieci” na temat przewalutowania kredytów – zachodni inwestorzy wycofują się z Polski. W efekcie złoty się osłabia, a frank idzie do góry i rata kredytu idzie też do góry. Politycy bez opamiętania mielą ozorem i kto za to wszystko płaci? Pani płaci, pan płaci… znaczy się społeczeństwo. Chce PiS rzeczywiście pomóc Frankowiczom, to niech pomoże, a nie tylko nieustannie gada o tym od sierpniowego zaprzysiężenia Prezydenta Dudy. Nie widzę przeszkód. Rządzący pokazali już, że w 24h można przepchnąć w Sejmie wszystko, co się chce przepchnąć. Tylko trzeba chcieć, a nie udawać, że się chce.

W Gdańsku trwa w tej chwili proces Marcina i Katarzyny Plichty oskarżonych w aferze Amber Gold o kilkusetmilionowe oszustwa. Gdy śledzę ich proces, nasuwa mi się refleksja, że kiedyś na ławach oskarżonych tak jak oni, zasiądzie w końcu jakiś polityk pozwany przez jakiegoś Kowalskiego za mielenie bez sensu ozorem. Nie jestem prawnikiem i nie mnie wyrokować jaki byłby ostatecznie werdykt sądu, ale na pewno, z pewnego punktu widzenia, Kowalski miałby rację. Czasami to gadulstwo kosztuje więcej niż kilkaset milionów złotych, za które, mam nadzieję, odpowiedzą kiedyś Państwo Plichta. Straty za brak milczenia potrafią sięgać miliardów złotych. Politycy PiS-u najwyraźniej nadal nie rozumieją, że gospodarka rynkowa to system naczyń ściśle powiązanych ze sobą. Każda akcja powoduje reakcję. Dzisiaj informacja to towar, który ma swoją cenę. Czasami gorzką, jak przekonał się w marcu wiceminister finansów Konrad Raczyński odwołany za stwierdzenie, że kilka banków jest toksycznych i upadnie jeszcze w tym roku. Oczywiście Konrad Raczyński miał prawdopodobnie rację co do słów, które wypowiedział, ale wypowiadając je nie rozumiał, że przed wypowiedzeniem tych słów te banki może by upadły, a po wypowiedzeniu tych słów los tych banków został przypieczętowany, bo nikt nie chce trzymać pieniędzy w banku, który według wiceministra finansów ma upaść. Tutaj nie pomoże już żaden program restrukturyzacyjny. Można wezwać tylko księdza, bo pacjent umrze. Chyba że ksiądz będzie z Torunia, to pieniądze na ratunek się zawsze znajdą.

To, że PiS kompletnie nie rozumie dzisiejszego świata i reguł, które nim rządzą, pokazuje też historia z podatkiem handlowym. Temat ten opisywałem obszernie tutaj oraz tutaj. Minęło pół roku i temat dalej jest niezałatwiony. PiS chciał w założeniu pomóc polskim sklepikarzom, tylko że od chcieć do móc naprawdę droga jest daleka. W efekcie – co mówi inne stare przysłowie, o tym że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane – oczywiście zaszkodził. Jakiś czas temu słuchałem w Radiu Gdańsk Prezesa najsilniejszej w Trójmieście polskiej sieci sklepów Merco, Marka Theusa, który stwierdził, że kluczowy dostawca do jego sklepów już w styczniu podniósł ceny wprost motywując to nadchodzącym obrotowym podatkiem, którym zostanie objęty. Podatku jak nie ma, tak nie ma, a ceny wzrosły. Zachodni dostawca, który miał być objęty tym podatkiem, liczy zyski, a kto za to płaci? Jak zwykle klient. Pan płaci, pani płaci…znaczy się społeczeństwo. I tak w kółko Macieju.

Identycznie wygląda sytuacja z Trybunałem Konstytucyjnym. Jarosław Kaczyński na pewno jest w swoim żywiole i setnie się bawi przy okazji demolowania Trybunału, ale skutki finansowe tej zabawy są opłakane. W styczniu, kiedy agencja Standard and Poor’s obniżyła nasz rating z powodu gry PiS-u z Trybunałem, frank skoczył do ponad 4,5 złotego, zbliżając się do poziomu, gdy zaczyna być niebezpiecznie i system może się zawalić. Na 13 maja kolejna agencja ratingowa, Moody’s, zapowiedziała rewizję polskiego ratingu. Komunikaty płynące z tej agencji dość jednoznacznie wskazują na to, że możemy się spodziewać albo cięcia perspektywy ratingu, albo obniżenia samego ratingu. Zatem rynki finansowe stopniowo się do tego scenariusza przygotowują, i złoty będzie się osłabiał, a raty Frankowiczów rosły. Wszystkim, którzy nie rozumieją dalszych konsekwencji, przypominam, że Polska w odróżnieniu od np. Niemiec nie ma euro. Polska też w odróżnieniu od Niemiec, które finansują swój dług na poziomie 0,3%, płaci za obsługę długu około 3%, czyli 10x więcej. Dlatego polski polityk w odróżnieniu od niemieckiego powinien 10x bardziej ważyć swoje słowa, bo będące skutkiem jego paplaniny dalsze osłabianie złotego przy tym zadłużeniu, które mamy sprawi, że budżet się rozleci, bo jest dopchnięty kolanem i ma rekordowy deficyt, a jedynym rozwiązaniem będzie podniesienie podatków. I kto za to zapłaci? Pan zapłaci, pani zapłaci…znaczy się społeczeństwo, bo przecież nie politycy. Oni nigdy za nic nie płacą. Nawet nie dlatego, że nie chcą, tylko dlatego, że nie mają na to czasu. Spieszą się bowiem do studia telewizyjnego lub do innego radia, czy gazety. Śpieszą się, bo trzeba udzielić kolejnego wywiadu, by zakrzywić rzeczywistość. A w zakrzywionej rzeczywistości wszystko jest możliwe. Sky is the limit. W niej Sędziowie Sądu Najwyższego to kolesie, posiedzenia Trybunału Konstytucyjnego to tylko niezobowiązujące zebrania przy kawie i ciastkach, a wyroki bywają opiniami. Witamy w wykreowanej przez nich Nibylandii.

Czytaj również