Teoria, a praktyka

Drukuj

roland-topor-les-masochistes-eric-losfeld-scan-complet-par-mister-gutsy-20

Obserwując polskich polityków w realu czy w mediach i ludzi, którzy się przy tej polityce kręcą, mam nieodparte wrażenie, że z naszym ustawodawstwem jest tak słabo jak jest, między innymi dlatego, że wśród ludzi, którzy tworzą te prawo nie ma praktyków. Nie ma użytkowników. Są sami teoretycy. W obszarze gospodarczym, który interesuje mnie najbardziej, wśród posłów, wśród wpływowych komentatorów, dziennikarzy, recenzentów życia gospodarczego, prawie wcale nie ma przedsiębiorców, tych mikro i małych którzy stanowią ponad 70% ogółu i którzy wytwarzają większość naszego PKB. Tych, którzy na co dzień użerają się z tym biurokratycznym potworem. Przeważają naukowcy, wykładowcy na uczelniach, w cenie są absolwenci renomowanych uczelni najlepiej z MBA, którzy może i mają wiedzę, ale bez sekretarki i stu ludzi pod sobą nie wstaną nawet z łóżka, by nie wypaść przez okno, lub balkon. Niestety, od teorii do praktyki droga daleka. Przeważają ci, którzy gospodarcze życie naszego kraju obserwują z lotu ptaka. Nigdy nie lądują na ziemi, nigdy nie poczują chrzęstu piasku pod stopami. A przeważają, bo oni nie stykając się z tym urzędniczym Lewiatanem na co dzień, mają czas na politykę. Ci, którzy się z Lewiatanem biorą za bary, już na nic innego nie mają czasu i chochole kółko niemocy i typowej polskiej bezradności się zamyka.

Miałem kiedyś ciekawą dyskusję z pewną panią profesor. Opowiedziałem jej o pewnej patologii związanej z prawem pracy, a szczegółowiej o patologii związanej z zakazem konkurencji, którą przechodziłem na własnej skórze. Ta sympatyczna i bardzo fajna osoba odpowiedziała mi – Panie co Pan za bzdury opowiada. Przecież to zmieniliśmy w zeszłym roku w ustawodawstwie. Tego już nie ma! Ja niestety przekonałem się na własnej skórze, że może i zmienili. Jednak jak zwykle w tym naszym kraju zmienili, ale jednak nie do końca. Ta Pani profesor była bardzo zdziwiona, ale potem przyznała mi rację.

Identycznie jak z reformą jednego okienka Donalda Tuska. Zrobili tak reformę, że można teoretycznie założyć spółkę w jeden dzień. Ręka do góry komu się udało założyć spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością z prokurentem w jeden dzień? Nie widzę rąk w górze. A nie widzę, bo gdyby się chciało to zrobić tak, jak politycy chcieli – w jednym okienku – to trwa to w Warszawie około 45-60 dni…Jednak teoretycznie jest jedno okienko. Teoretycznie. No właśnie teoretycznie, ale jak sprawdzisz w realu to wiesz jak jest. Nie sprawdzisz to nie wiesz, że wysyłając z Gdańska decyzję o powołaniu prokurenta poleconym 11 lipca dowiesz się dzwoniąc do Wydziału Sądu Gospodarczego w Warszawie 1 sierpnia, że Sąd odbiera tego dnia dopiero korespondencję z 5 lipca… Nie przeczytasz też w żadnej gazecie, czy rozporządzeniu, że nawet jak osobiście dowieziesz ten dokument do tego cholernego Sądu to i tak lepiej dla Ciebie byś potem pod pieczętowane papiery zawiózł osobiście do GUSu, bo w przeciwnym razie będziesz znowu czekał dwa tygodnie zanim nadadzą Ci regon. Sąd bowiem tylko raz w tygodniu wysyła pocztę, a GUS nadający regon tylko raz w tygodniu ją odbiera…i jak w tak urządzonym przez urzędników i polityków Państwie można o czymś poważnie myśleć…plan Morawieckiego?…plan Hausnera?…jak my poczty w 2016 roku nie potrafimy w urzędzie odebrać?…wolne żarty…

W tym kraju jest na przykład taka instytucja jak Sanepid. Żeby odebrać magazyn musisz przyjąć ich wizytę. Przyjeżdżają raz w tygodniu pod warunkiem, że ich przywieziesz osobiście do swojego magazynu, bo inaczej mogliby zabłądzić i nie daj Boże trafić nie do Ciebie, a do sąsiada z wizytą. Jednak okazuje się, żeby do Ciebie w ogóle dojechali musisz mieć oryginał decyzji nadania NIP. Nie wystarczy wydruk ze strony Ministerstwa z KRSem, Regonem i NIPem. Musi być oryginał, którego oczywiście nie masz, bo nie możesz go mieć, bo Urząd Skarbowy nie ma w zwyczaju Ci go przysyłać. Jedziesz więc do Urzędu Skarbowego, by go odebrać jednak tam usłyszysz, że nie mogą Ci go wydać, bo według nich nie masz NIP. NIP Pan uzyska dopiero jak Pan wypełnisz PIT5 i PIT8. Dopóki Pan tego nie zrobisz to nie ma Pana w NASZYM systemie. Oni o reformie jednego okienka Donalda Tuska jeszcze nie usłyszeli. I masz babo placek…

Załóżmy jednak, że się udało, że magazyn został zaakceptowany i w końcu zamawiasz towar z Ukrainy na ten przykład. Na przykład tira z pomidorami. Temat trudny. Pomidory się szybko psują. Najbardziej cenne są zaraz po zerwaniu. Każdy dzień przestoju to strata wartości wiezionego towaru. Każdy chyba to wie. Otóż okazuje się, że nie każdy. W Sanepidzie na polskiej granicy o tej zależności na przykład nie słyszeli i zatrzymują Twój samochód do badań nad zawartością ołowiu w wiezionych pomidorach. Procedura badania wygląda tak, że pobrane przez graniczny Sanepid w Dorohucku próbki trzeba zawieźć do laboratorium w Lublinie. Tam robią badanie polegające na zwęglęniu tych próbek, by uzyskać wynik zawartości ołowiu w próbce. Badanie trwa 72h, czyli trzy dni. Niestety pobrana próbka rano o 10ej we wtorek na granicy trafia do Lublina dopiero w środę o godzinie 14ej, gdyż Sanepid graniczny jak twierdzi nie dysponuje samochodem, by próbki przewieźć niezwłocznie. Jak się zapewne domyślacie laboratorium nie pracuje w sobotę i niedzielę więc, by zapewnić pożądaną ciągłość tych badań, te 72h, Twoja próbka zacznie być badana dopiero w poniedziałek, a wynik graniczny Sanepid dostanie najwcześniej w środę. W środę Twoje pomidory szlag trafi, a wraz z nimi Twoje 42 tysiące złotych.

Dziś jednak mój wpis nie jest o Sanepidzie. Oni zasłużyli na oddzielny wpis i obiecuję, że wkrótce powstanie. Sanepid posłużył mi jako przykład, gdyż chciałem dziś napisać o czymś innym, szerzej o ważności detali. Komentatorzy gospodarczy rzadko o takich sytuacją piszą, a szanowni czytelnicy rzadko w konsekwencji czytają. Króluje wielka polityka, wielkie idee. Morza atramentu się wylewa o CEFTA. Kto za, a kto przeciw? Tymczasem gubiąc szczegóły, o które trudno gdy nie jesteś praktykiem i nie jesteś w środku w procesie, obraz całości się rozmywa i zostaje mokra plama. Mój były pracodawca zawsze powtarzał, że twój plan jest tak dobry jak najsłabszy jego punkt. Najsłabszym punktem polskiego prawodawstwa gospodarczego jest przeświadczenie posła, polityka, legislatora, że proces się zakończył w momencie napisania ustawy, rozporządzenia. Tymczasem to dopiero początek. Bez dopilnowania wprowadzenia tego prawa w życia, aż po tak niby oczywiste rzeczy jak prawidłowe odbieranie poczty przez urzędy, wszystko w naszym kraju będzie zawsze wykolejało się w stronę ponurej groteski. Dobra zmiana nie powinna polegać na wiecznej rewolucji. Wywracaniu wszystkiego do góry nogami. Dobra zmiana, którą bym kupił powinna polegać przy zmienianiu naszej rzeczywistości na uwzględnianiu takich nie polskich, ale jednak niezbędnych zasad jak porządność, solidność, przewidywalność i powinna kierować się przede wszystkim zdrowym rozsądkiem. Tylko tyle i aż tyle. Generalnie nuda, a nuda się słabo sprzedaje. Żaden TVN, Polsat, czy też PIS tego nie kupi…

Czytaj również