TKM lub rodzina na swoim

Drukuj

kaczkatusk

Program „Rodzina na swoim” lub, bardziej dosadnie, TKM (czyli ,,teraz kurczak my) to stały element polskiej myśli i kultury politycznej. Z każdą zmianą władzy jest coraz gorzej i za każdym razem, kiedy kolejna ekipa pojawia się na horyzoncie wydaje się, że bardziej bezczelnie się już nie da. Okazuje się jednak, że się da i partia, która ma w nazwie słowa ,,prawo i ,,sprawiedliwość” pokazuje nam jak bardzo i tym razem się myliliśmy.

Zajmę się najpierw tym, co już wszyscy wiemy z doniesień medialnych czy też szczątkowych raportów Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej o tym, co się wydarzyło w spółkach Skarbu Państwa przez te 180 dni ,,dobrej zmiany”. Szczerze mówiąc naiwnie miałem nadzieję, że na tym polu coś się poprawi, gdyż jedną z nielicznych pozytywnych konsekwencji decyzji Polaków przy urnie wyborczej było odsunięcie PSL od władzy, a w efekcie ich niekompetentnych i ,,prorodzinnie” nastawionych działaczy od spółek Skarbu Państwa i od administracji rządowej. Nadzieja umarła dosyć szybko, bo z dniem uchwalenia przez PiS nowej ustawy o służbie cywilnej, która to ustawa obniżyła kryteria obowiązujące przy zatrudnianiu w administracji rządowej. Wisienką na torcie z kolei była mała ustawa medialna, której zawdzięczamy masowe czystki w mediach i w efekcie takie perełki jak materiały Klaudiusza Pobudzina w telewizji Jacka Kurskiego, których nie powstydziłoby się Reichsministerium für Volksaufklärung Josepha Goebellsa. Osiem lat w opozycji sprawiło, że głód stanowisk okazał się za silny i PiS nawet nie próbuje udawać, że chodzi mu o coś innego niż klasyczny TKM. Co ciekawe, ojcem chrzestnym tego stwierdzenia (przypominam: ,,teraz kurczak my”) jest nie kto inny jak Jarosław Kaczyński, który użył go pierwszy raz w 1997 roku w wywiadzie dla Gazety Wyborczej, w którym uzasadniał dlaczego nie startował do parlamentu z list AWS, mimo że był współtwórcą tej formacji. Stwierdził, iż w AWS zbyt wielką rolę odgrywa nieformalna partia ,,TKM” i on nie chce w tym uczestniczyć, bo upolitycznienie służby cywilnej uniemożliwia reformowanie Państwa. A dlaczego ojciec chrzestny? Po latach bowiem okazało się, że pierwszym autorem tego hasła był jednak nie Jarosław Kaczyński, ale obecny Marszałek Sejmu Marek Kuchciński.

W efekcie prowadzenia tej polityki możemy sobie poczytać w trójmiejskiej prasie o nominowaniu pani Violetty Lilianny Mackiewicz-Sasiak do rady nadzorczej spółki Energa-Operator. Ta pani znana była do tej pory jako jedna z bardziej sympatycznych i lubianych pielęgniarek Domu Pomocy Społecznej w Wejherowie. Mając wykształcenie średnie, kilkakrotnie kandydowała z PiS do rady powiatu i Sejmu. Kierowała również klubem Gazety Polskiej w tymże Wejherowie. Okazało się, że odkryła w sobie nową pasję życiową, tak jak już odwołany dyrektor stadniny w Janowie Podlaskim, Marek Skomorowski, który od dziecka uwielbiał konie i dzięki ,,dobrej zmianie” mógł w końcu mieć z nimi styczność. Ciekawym przypadkiem jest również Wojciech Jasiński – nowy prezes PKN Orlen, jednej z najbogatszych spółek skarbu państwa – któremu, mimo prawie 70 lat na karku, udało się przepracować tylko 3 lata w biznesie, a stało się to w zamierzchłych latach 80. kiedy pracował w Spółdzielni Transportu Wiejskiego PSS Społem. W dniu jego nominacji akcje PKN Orlen straciły na giełdzie od razu 4%, a przy wycenie tej spółki na około 27 miliardów złotych efekt zatrudnienia Jasińskiego kosztował skarb państwa równy miliard złotych. Nie można też w tej wyliczance zapomnieć o innym moim faworycie, czyli wielokrotnym pośle z ziemi gdańskiej Andrzeju Jaworskim, który to z zawodu będąc etnologiem, postanowił kiedyś na partyjny rozkaz doprowadzić do upadku Stocznię Gdańską, a w tej chwili został rzucony przez Prezesa Jarosława Kaczyńskiego na kolejny partyjny odcinek ubezpieczeń społecznych jako członek zarządu PZU.

W tym samym PZU w zarządzie jest facet, który odpowiada za pion informatyzacyjny firmy, tak zwane IT, a nie dość, że nie zna się na informatyce, to jeszcze z angielskim też jest na bakier. W Enerdze, która od kilku miesięcy nie potrafi mnie i tysiącom swoich klientów prawidłowo wystawić faktury, a ma uratować nasze górnictwo, przybyło w ramach zmiany około 80 osób przyniesionych w teczce. Podczas mojej ostatniej wizyty w stolicy pewien Prezes innej dużej państwowej spółki mówił mi, że jest w stanie zaakceptować te nazwiska dostarczane mu w kopercie do zatrudnienia, ale ma jedną prośbę – by te osoby nie przychodziły do pracy, bo spółka ma się dobrze i ją na te osoby stać, ale gorzej jest z posprzątaniem bałaganu, który tworzą nowi pracownicy swoją niekompetencją.

Sam uczestniczyłem niedawno, jako reprezentant mniejszościowego udziałowcy, w walnym zgromadzeniu akcjonariuszy jednej ze spółek, w której skarb państwa ma ponad 95% akcji. Spotkanie było zwołane celem zmiany statutu. PiS we wszystkich spółkach skarbu państwa postanowił wprowadzić jeden statut tak, aby móc w jego ramach odwołać i powołać każdego prezesa w dwa dni. Tak, żeby nie znali dnia ani godziny i by byli bardziej dyspozycyjni. Dzięki tej zmianie spółka zatrudniająca 70 osób i działająca lokalnie w Gdańsku ma taki sam statut jak np. gigant Lotos działający w międzynarodowym środowisku i zatrudniający dziesiątki tysięcy osób. Absurd i ośmieszanie prawa? Jasne, ale czego się nie robi w ramach ,,dobrej zmiany”? W efekcie na walnym zebraniu pojawiła się przedstawicielka skarbu państwa, przepchnęła ten absurdalny statut i powołała przywiezionych w teczce nowych członków rady nadzorczej w liczbie sześciu. Siódmy mógł zostać powołany przez mniejszościowych udziałowców, więc został nim przewodniczący klubu Platformy Obywatelskiej w sejmiku pomorskim Jacek Bendykowski. Jak to możliwe? Otóż wśród mniejszościowych udziałowców najwyższe udziały miała Agencja Rynku Rolnego, którą reprezentował członek poprzedniej ekipy PO-PSL. Nic więc dziwnego, że postanowił zadbać o kolegów z partyjnej linii. Nic to, że w efekcie kupcy, hurtownicy, dzięki którym ta spółka żyje, nie będą mieli przedstawiciela w radzie nadzorczej. Nic to, że za góra trzy miesiące ,,dobra zmiana” Pana Bendykowskiego odwoła. Trzy średnie miesięczne zdąży przytulić. Przecież człowiek musi gdzieś dorobić, a fucha fajna. Co miesiąc średnia krajowa wpada, a może nawet pojawić się w spółce nie będzie potrzeby.

Co ciekawe, nie zawsze tak było. Kilkanaście lat temu, gdy spółka powstawała, mimo że miała bardzo podobny państwowy akcjonariat, rada nadzorcza była mniejsza. Jej członkowie dostawali tylko pieniądze za posiedzenia, a nie co miesiąc stałe wynagrodzenie, jak jest teraz. Płace nie stanowiły prawie 20% kosztów spółki. Rada nadzorcza i pracownicy nie jeździli za państwowe pieniądze po całym świecie, np. do Chin, by prezes tymi wycieczkami mógł wszystkich korumpować, trwać na stanowisku mimo corocznych strat i dostawać co rok nagrody w wysokości 40-60 tysięcy złotych. Mówię bowiem o spółce, która od początku swojej działalności nigdy nie wypłaciła akcjonariuszom dywidendy! Co tam dywidenda… Co tam akcjonariusze… Co tam my podatnicy, którzy to bizancjum finansujemy… Liczy się Rodzina na Swoim… Następna szansa może się nie powtórzyć… Teraz Kurwa My!

Czytaj również